Krzysztof Środa – „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” – recenzja i ocena

opublikowano: 2014-12-14 20:20
wolna licencja
poleć artykuł:
Projekt, który nie dochodzi do skutku. Podróż, która jest tylko pretekstem. Książka Krzysztofa Środy to impresjonistyczna opowieść o grze pamięci, postrzeganiu świata, podróżowaniu. I o Kaukazie też.
REKLAMA
Krzysztof Środa
Projekt handlu kabardyńskimi końmi
nasza ocena:
6/10
cena:
34,90 zł
Wydawca:
Czarne
Rok wydania:
2014
Okładka:
miękka, foliowana, ze skrzydełkami
Liczba stron:
144
Format:
125 × 205 mm
ISBN:
9788375368697

„Projekt handlu kabardyńskimi końmi” otrzymał Literacką Nagrodę Gdynia w kategorii eseistyka w 2007 roku. To książka o bardzo zwięzłej formie (tylko 144 strony), idealna jako lektura na… podróż (niezbyt długą). Czyta się ją lekko i przyjemnie, choć bliżej jej do traktatu filozoficznego niż do relacji z wyprawy. To seria przemyśleń, obrazów i spostrzeżeń, z którymi większość z nas pewnie się zgodzi. W książce pojawiają się daty, które nie odnoszą się jednak do opisywanych wydarzeń – te nie układają się chronologicznie – a raczej do momentu spisywania wspomnień przez autora. On sam przyznaje, że daty w tej książce nie mają większego znaczenia, że są świadectwem jego bezradności, a jednocześnie że mówią co nieco o naturze ludzkich przedsięwzięć i samym procesie pisania.

Trochę, choć niewiele, dowiemy się o podróżowaniu na Kaukaz, o samym regionie i jego mieszkańcach. Zdecydowanie więcej o przygotowaniach do wyprawy, o przemieszczaniu się i zapamiętywaniu. O tym, co i jak zapamiętujemy, oraz jak te obrazy odtwarzamy w pamięci. Autor podnosi kilka kwestii, które wydają się oczywiste, a jednak nie zawsze bywają nazwane słowami. Otóż mówi „że umysł zapamiętuje obrazy na innej zasadzie niż klisza fotograficzna”. Dzieje się tak choćby dlatego, że „aparat fotograficzny jest narzędziem bezpieczniejszym od ludzkiego umysłu, ponieważ świat zyskuje dostęp do jego wnętrza tylko wtedy, kiedy ja uznam, że nadszedł właściwy moment na otwarcie migawki. Mogłoby się wydawać, że mam podobną władzę nad tym, co dostaje się do mojej głowy – zawsze przecież mogą zamknąć oczy. Ale to nieprawda. Ile bowiem kilometrów można przejechać z zamkniętymi oczami, otwierając je tylko kilka razy dziennie na jedną setną lub (…) na jedną sześćdziesiątą sekundy?” W innym fragmencie zwraca uwagę na to, że gdyby miał przed sobą zdjęcie, widziałby siebie idącego w stronę budynków przejścia granicznego. Kiedy przywołuje to w pamięci, widzi kiwające się w rytm jego kroków krawężniki i bruk.

Z książki bije ogromny spokój i ciekawość świata. Ten pierwszy zdaje się być u autora niezmącony, bez względu na sytuację (czy to, kiedy zepsuł się samochód, czy kiedy obserwuje pasące się tytułowe konie kabardyńskie – jedyny raz pojawiają się w książce! – czy podczas kontroli rosyjskiej policji). Ciekawość świata z kolei ma w sobie coś chłopięcego i bardzo świeżego: nie ważne, czy jedzie na daleki Kaukaz, czy do Suwałk – zawsze ma coś ciekawego do obserwowania i zapisywania w pamięci. I choć uważa siebie za większego realistę niż jego towarzysze, snując plany niesamowitych przedsięwzięć celem zdobycia niebotycznych bogactw (jak tytułowy handel kabardyńskimi końmi) – sam przecież śni o podróży do Armenii, bez konkretnych powodów i mimo przeciwności.

Przeczytaj też:

REKLAMA

Nawiązując do samych obserwacji, widać tu pewne powielanie stereotypów (a może jednak nie, może opisuje to, jak jest naprawdę?). Gdy spotyka w przedziale pociągu młodą kobietę, czytającą opasły tom, który okazuje się być „Podręcznikiem pilota samolotowego”, bardzo się dziwi. Tylko dlaczego, powinna czytać babskie gazety? Zakłada też, że z Warszawy do Białegostoku można podróżować tylko „w najzupełniej codziennych, lokalnych sprawach”. Tak jakby tylko daleka podróż w nieznane mogła przynieść niezapomniane przeżycia, a wschód Polski był całkiem nieciekawy.

Jak wcześniej wspomniano, książka ma coś w sobie z traktatu filozoficznego i nie powinno to dziwić, jeśli zdamy sobie sprawę, kim jest autor (obronił pracę doktorską o fenomenologii Edmunda Husserla). Fenomenologiczne spojrzenie jest w narracji niewątpliwie obecne, podobnie jak filozofia Berkeleya, według której coś istnieje dla nas wtedy i tylko wtedy, gdy to obserwujemy. Po śmierci teściowej Heńka, z którą nigdy nie rozmawiał, ale ona siedziała pod domem i obserwowała, autor pisze: „Nikt nie zobaczy, jak jadę samochodem pod domem Heńka – tak jakbym wcale tamtędy nie przejeżdżał. Nikt nie zobaczy, ale ja będę myślał nad tym, jak wygląda mój samochód widziany z miejsca, z którego nikt na niego nie patrzy (…)”.

Ale nie sama obserwacja „stwarza” przedmioty. Zdaje się, że według autora trzeba je też nazwać: „Znalazłem (…) dwie martwe ryby – podziobanego przez mewy dorsza i tę drugą, srebrną i cienką jak elegancki długopis, ale ponieważ nie potrafiłem jej nazwać, to tak, jakbym nie znalazł jej wcale”.

Z ostatniego fragmentu wyłania się również stosowany przez autora niezwykle plastyczny sposób opisywania świata. Nawet zaparzaną torebkę cejlońskiej herbaty można opisać, jako „brązowe smugi egzotycznych garbników snujące się po wnętrzu naczynia jak dym z płonących torfowisk, które widziałem kiedyś na Ukrainie”.

Podsumowując (by recenzja nie stała się dłuższa od samej książki), „Projekt handlu kabardyńskimi końmi” to książka przyjemna, pełna delikatności i ciepła, refleksji nad pamięcią i jej ulotnością (zdaje się, że autor radzi, by wrażenia zapisywać na bieżąco), ciekawości świata i fascynacji pewnym regionem. Ale nie takiej, jak człowieka oglądającego zwierzęta w zoo, tylko swojskiej, charakteryzującej się pewnym pokrewieństwem dusz. Na koniec ostatnia próbka plastycznego języka autora oraz zdolności poetyckiego syntetyzowania: „(…) i chociaż nikt nie był już głodny, jedliśmy dalej, bo przecież byliśmy na Kaukazie, gdzie ludzie – jeśli nikt im w tym nie przeszkadza – dożywają stu lat i więcej, gdzie ropę naftową można wybierać z ziemi wiadrami i gdzie nawet zwykły baran potrafi mieć dwa razy więcej rogów, niż powinien”.

Redakcja i korekta: Agnieszka Leszkowicz

REKLAMA
Komentarze

O autorze
Katarzyna Trofimowicz
Ukończyła stosunki międzynarodowe i filologię hiszpańską na Uniwersytecie Jagiellońskim, doktorantka na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego. Jej pasje to historia (szczególnie średniowiecza), podróże i konie. Interesuje się kulturą Hiszpanii i krajów Ameryki Łacińskiej oraz współczesnymi systemami politycznymi i bezpieczeństwem międzynarodowym. Uwielbia katedry gotyckie i zamek krzyżacki w Malborku.

Wszystkie teksty autora

Zamów newsletter

Zapisz się, aby otrzymywać przegląd najciekawszych tekstów prosto do skrzynki mailowej. Tylko wartościowe treści. Za darmo.
Zamawiając newsletter, wyrażasz zgodę na użycie adresu e-mail w celu świadczenia usługi. Usługę możesz w każdej chwili anulować, instrukcję znajdziesz w newsletterze.
© 2001-2023 Promohistoria. Wszelkie prawa zastrzeżone