Doom

Czy da się zrobić dobry film na podstawie gry komputerowej? Dotychczasowe próby adaptacji gier na potrzeby kina nie przyniosły efektu w postaci kasowych przebojów, przyciągających rzesze widzów…

Zwykle były to przeciętne produkcje, lepsze bądź gorsze, niewnoszące jednak nic nowego – warto tutaj przypomnieć takie tytuły, jak: Mortal Kombat, Tomb Raider, Resident Evil czy Alone in the Dark, który okazał się całkowitą klapą. Czy Andrzejowi Bartkowiakowi uda się przełamać złą passę i Doom zapoczątkuje nową, złotą erę dla ekranizacji gier video? Przekonajmy się…

Akcja filmu przenosi nas do roku 2145, kiedy elitarny oddział komandosów dowodzony przez Sarge`a (The Rock) o wdzięcznej nazwie „Hellfighters” udaje się na Marsa, aby zbadać, co się stało z pracownikami korporacji UAC (Union Aerospace Corporation). Dzięki „Arce”, artefaktowi zbudowanemu przez nieznaną cywilizację na pustyni Nevada, przenoszą się do placówki Olduvai w mgnieniu oka. Nie mając bladego pojęcia o czyhających na nich niebezpieczeństwach, żołnierze przystępują do przeczesywania kompleksu w poszukiwaniu zaginionych naukowców. Akcja filmu z minuty na minutę staje się coraz bardziej dynamiczna. Zdezorientowana drużyna zaczyna odkrywać prawdę. Dużą rolę odkrywa tutaj pracownik bazy - doktor Samantha Grimm - która stopniowo, zbierając poszczególne elementy układanki, odkrywa posępną historię nieetycznych eksperymentów genetycznych.

Doom z grą ma niewiele wspólnego. Film jest raczej luźnym nawiązaniem niż dokładną adaptacją. Znane bardzo dobrze fanom serii wątki o hordach piekielnych demonów, które opanowały bazę, zastąpiono tajnymi eksperymentami nad genotypem człowieka. Jak zwykle wymknęły się one spod kontroli i króliki doświadczalne zaczęły terroryzować kompleks, zarażając przebywających tam naukowców nieznanym wirusem. Oprócz „zwykłych”, niczym nie szokujących zombie, z bestiariusza jaki oferuje nam gra zaprezentowano kilka Impów, Hell–Knighta (niestety tylko z nazwy) oraz Pinky Demona. Wszystkie monstra są starannie dopracowane i robią wrażenie - szczególnie Hell–Knight, który swym masywnym cielskiem niszczy dosłownie wszystko na swej drodze. Wytrawni gracze poczują jednak niedosyt, zważywszy na plejadę potworów, jaką może się pochwalić komputerowa trylogia.

Przygotowane przez scenarzystów Stricka i Callahama dialogi, znakomicie wpasowują się w klimat filmu. Jakich słów możemy się spodziewać po wprawionych w bojach zabijakach, jeśli nie soczystych przekleństw, niewybrednych dowcipów czy prostackich odzywek? Głównym bohaterem, o dziwo, nie jest wspomniany wyżej The Rock, a Reaper grany przez Karla Urbana, znanego m.in. z roli Eomera we Władcy Pierścieni. Postać Sarge`a to przykład typowego, twardego dowódcy, dla którego rozkaz to rzecz święta (symbolizuje to m.in. tatuaż na jego plecach prezentujący maksymę „semper fidelis”). Reaper natomiast to żołnierz pełen rozterek, potrafiący jednak stawić czoła czekającym na niego wyzwaniom. Poza tymi postaciami warto także zwrócić uwagę na Portmana mającego problemy z utrzymaniem równowagi psychicznej od pierwszych minut filmu oraz Goata – ciągle modlącego się katolika, który wycina sobie nożem krzyże na ręce za każdym razem, gdy zbluźni.

Zabawki, jakich używają bohaterowie do eksterminacji potworów, oprócz tego, że mówią (sic!), nie wyróżniają się niczym specjalnym. Dzieje się tak do czasu, gdy Sarge znajduje BFG 9000 - broń o imponującej sile rażenia, będącą hołdem dla gry. Szkoda tylko, że efekt wystrzału, notabene świetnie zrobiony, możemy podziwiać zaledwie 2 razy. Częściej niż z samej broni komandosi korzystają z latarek, aby rozproszyć mrok panujący w wielu lokacjach. Scen, które budzą prawdziwą grozę, jest jednak jak na lekarstwo. Chyba że zaliczymy do nich te z maszkarami, wyskakującymi w najmniej oczekiwanych momentach. Klimat ratuje doskonała scenografia oraz muzyka, znakomicie wplatająca się w fabułę. Czegóż innego mogliśmy się jednak spodziewać po Clincie Mansellu, twórcy muzyki do Requiem dla Snu?

Nowością przedstawioną w Doomie są tzw. ujęcia FPP, czyli widok z perspektywy pierwszej osoby. Zaprezentowano je tylko raz, prawie pod sam koniec filmu. Przez kilka minut możemy obserwować jak bohater przeładowuje broń, ostrożnie wychyla się za róg, używa celownika optycznego czy walczy, mając do dyspozycji piłę łańcuchową. Fani gier FPP na pewno będą zachwyceni tymi sekwencjami, są one bowiem mistrzowsko wykonane i robią spore wrażenie. Jednakże widzowie, którzy nie mają nic wspólnego z grami, mogą nie zrozumieć intencji reżysera i sceny te uznać za nienaturalne, dodane jakby na siłę.

Po Doomie spodziewałem się czegoś w stylu Resident Evil, gdzie głównym bohaterem są efekty specjalne, a wyszedłem z kina mile zaskoczony. Poza paroma, wyżej wspominanymi, niedociągnięciami oraz nieudanym zakończeniu, całkowicie mijającym się z klimatem filmu, w dziesięciostopniowej skali mogę śmiało ocenić go na 7. Może i do ideału tu daleko, ale wydaje mi się, że pierwszy krok w stronę dobrych ekranizacji gier został zrobiony. Za to panu Bartkowiakowi należą się brawa. Doom nie jest filmem przeznaczonym tylko i wyłącznie dla fanów gry. Każdy, kto - idąc do kina - nastawia się na czystą akcję, gdzie nie trzeba wysilać szarych komórek, nie powinien wyjść po projekcji zawiedziony.


Autor: Kamil Machura