Kot z wywalonym jęzorem
Wojtek wpadł do budynku centrali i pognał przez korytarz. Ślizgając się na wypastowanej posadzce, potrącając administracyjnych pracowników biura, gnał na złamanie karku. Kierował się ku ozdobnym drzwiom, obmyślając wymówkę, która pomogłaby mu usprawiedliwić spóźnienie na pierwszą w karierze odprawę magów. Wrota zwodziły misternym ornamentami okuć, atrakcyjnym wyglądem zatajały swe prawdziwe oblicze. Perfidia drzwi nadawała nowego znaczenia wyrażeniu “złośliwość rzeczy martwych”. Wojtek, nie chcąc marnować cennego czasu na wytracenie pędu, w biegu szarpnął za klamkę. Klamka ani drgnęła. Wojtek z impetem wtulił się w okute mosiądzem drewno. Wrota chętnie odwzajemniły uścisk, by po chwili, znudzone pieszczotą, rozewrzeć się z szyderczym zgrzytem zawiasów i cisnąć ogłuszonym magiem o posadzkę sali odpraw.
- Zastanawialiście się kiedyś nad instalacją fotokomórki? - wybełkotał Wodzirej, chcąc w oczach kolegów uchodzić za twardego mężczyznę, znoszącego przykrości z humorem.
- Nie, nie, nie! - wrzasnął ktoś, łomocąc pięściami o stół dla podkreślenia swego negatywnego stanowiska - Tak się nie godzi, zacni mężowie! Toż to nie do pomyślenia! Ten szatański koncept kłóci się ze wszystkim, w co wierzyłem przez cały swój, nie krótki przecież, żywot! Jestem stanowczo przeciwny! Nie, nie, nie!
Wojciech jęknął w duchu, bezradnie oczekując, aż zdeklarowany przeciwnik innowacji technicznych siądzie na nim okrakiem, by przy każdym wypowiadanym “nie” tłuc jego głową o posadzkę.
- O, Wojtek. Co robisz?
Wodzirej, wietrząc podstęp, wcisnął głowę w ramiona, dłońmi osłonił kluczowy dla przetrwania ludzkiego gatunku element własnej fizjonomii. Gdy miażdżący atak nie nastąpił, niepewnie odwrócił się na plecy.
- Paweł. Cześć. Poza tym, że z siebie idiotę? Niewiele. - rzekł do skonsternowanego kolegi.
Gdy przy doraźnej pomocy Pawła Dołka udało mu się wstać, z ulgą stwierdził, że żaden z obecnych na sali magów nie zwraca na niego najmniejszej uwagi, a kategoryczny sprzeciw jednego z czarodziejów nie odnosił się do jego propozycji. Starsi z parających się magicznym rzemiosłem mężczyzn drzemali, bądź też zrzędliwie polemizowali ze sobą nawzajem. Mniej wiekowi magowie przerzucali się pikantnymi anegdotami i świńskimi dowcipami, umilali sobie czas grą w statki bądź też, jak czarodziej, koło którego Wojtek usiadł, raczyli się wysokoprocentowymi trunkami. Wodzirej, choć zaskoczony przebiegiem odprawy, nie miał trudności z dostosowaniem się do sytuacji. Wyciągnął pomiętą paczkę Żubrów, wetknął jednego między lekko krwawiące wargi i pstryknął palcami. Z jego kciuka trysnął płomień. Racząc się poranną porcją nikotyny, spróbował nawiązać rozmowę z siedzącym obok właścicielem butelki, jednak pijący ostentacyjnie ignorował próby wyłudzenia darmowego rumu. Wojtek nie był w stanie kontynuować nagabywań, gdyż zażarta dyskusja starszych magów osiągnęła kulminacyjny punkt w postaci wzajemnego obrzucania się anachronicznymi obelgami. Gwałtowna wymiana opinii na temat prowadzenia się matek przeciwników w dyspucie błyskawicznie przerodziła się w wymianę ciosów. Wojtek wytrzeszczył oczy, chciwie chłonąc niecodzienne widowisko. Nie trzeba było być wnikliwym obserwatorem, by stwierdzić, że umiejętność walki wręcz jest mistrzom magii obca. Dwaj siedzący naprzeciw Wodzireja siwobrodzi starcy niezdarnie okładali się otwartymi dłońmi, nie czyniąc sobie nawzajem najmniejszej szkody. Pewien czarownik poderwał się z krzesła z zamiarem zaszarżowania na znienawidzonego oponenta, jednak zaplątał się w powłóczystą szatę i legł na posadzce. Jego przeciwnik z triumfalnym “Hurra!” próbował dobić powalonego starca ciosem uniesionego nad głowę tomiszcza. Ciężka księga zaburzyła środek ciężkości filigranowego maga, nieubłaganie ciągnąc go na spotkanie podłogi. Rozgorzała mordercza walka w parterze, czarownicy szarpali się za włosy i gryźli po rękach. Powietrze zaczynało już skwierczeć od naprędce formowanych ognistych kul, gdy na salę wkroczył Wielki Szef.
- Obserwuję, nie bez fascynacji, drodzy moi chłopcy, że harcujecie sobie w najlepsze. Ani czas to, ani miejsce na swawole tej proweniencji, świadomi zapewne jesteście tegoż faktu niezbitego? - rzekł otyły, wiecznie uśmiechnięty czarodziej, grożąc swoim podwładnym palcem.
Wypowiedź Szefa była znamienna dla jego stylu wysławiania się. Naczelny mag tworzył tak niespotykane i nieadekwatne do sytuacji konstrukcje słowne, że nie sposób było pozostać wobec nich obojętnym. U Wojtka wywoływały nieodpartą chęć skonfrontowania ich autora z profesorem Miodkiem. Przeciętny człowiek wyraża swój lekceważący stosunek do czegoś, lakonicznym sformułowaniem: “Mam to hipotetyczne coś gdzieś”. Jeśli owy przeciętny człowiek para się wytwórstwem i naprawą obuwia, zapewne wplecie w ten zwrot kilka soczystych wulgaryzmów. Jeśli owy człowiek jest powiernikiem magicznych arkanów w zaawansowanym wieku, rzeknie: “Owe, jak najbardziej hipotetyczne coś mam w bliżej nie sprecyzowanej lokacji” (jeśli oprócz tego pochodzi z rodziny o szewskich tradycjach, doda “na kaduka” lub “do diaska”). Natomiast, jeśli owemu człowiekowi zdarzyłoby się być Wielkim Szefem, oświadczyłby: “W miejscu niezbyt wiadomym rzeczone coś hipotetyzmem się charakteryzujące posiadam, moi mili”.
Skarceni magowie zamarli w bezruchu, ze zmarszczonymi czołami kontemplując wypowiedź Szefa. Gdy po kilku sekundach pojęli, czego się od nich żąda, przerwali potyczkę, powracając na krzesła. Szef przeszedł przez salę i zajął miejsce u szczytu stołu.
- Na wstępie pragnąłbym uniżenie prosić o wybaczenie spóźnienia mego, które czynem jest wielce haniebnym, moi drodzy. - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Najistotniejszym i pierwszym w kolejności punktem w harmonogramie odprawy dzisiejszej, jest powitanie radosne i gorące naszego nowego kompana, który od przeszło dwóch kwartałów terminował pod bacznym, urodziwie niebieskim okiem Pawła Dołka. Wojciech Wodzirej, niewątpliwie jeden z najwonniejszych, najbogatszych barwą przedstawicieli kwiatu polskiej, jeśli nie światowej młodzieży, dzisiejszego poranka zasili nasze zwarte szeregi jako pełnoprawny, wszechstronnie wyszkolony mag. Zatem owacją obfitą temu przemiłemu chłopcu poświęconą wyraźmy swój entuzjastyczny, jeśli nie ekstatyczny zachwyt z tego faktu.
***
Dalsza część odprawy przebiegła bez specjalnych atrakcji. Wielki Szef rozliczał podkomendnych z przydzielonych im zadań, a magowie albo mętnie tłumaczyli się z niepowodzeń, albo butnie szczycili sukcesami. Kilku młodszych magów zostało oddelegowanych do zbadania sprawy tajemniczych zaginięć, które miały miejsce w okolicznych leśnych rejonach. Dwóm starcom przydzielono zbadanie magicznych właściwości niedawno znalezionego artefaktu. Szef, zakończywszy zebranie, zaprosił Wojtka do swego gabinetu celem omówienia jego pierwszej samodzielnej misji, po czym rozpłynął się w powietrzu. Wodzirej podejrzewał, że jest poddawany ostatecznemu sprawdzianowi umiejętności. Biuro Szefa było dziwnym pomieszczeniem. Wiecznie zasnute tytoniowym, pachnącym wanilią dymem i zastawione zbyt dużą liczbą sprzętów, z których większość nie miała żadnych dekoracyjnych, a tym bardziej użytkowych walorów. Przeżarta rdzą, niekompletna płytowa zbroja dogorywała wciśnięta w kąt. Wypchane przed wiekami sowy i puchacze podwieszone ciężkimi łańcuchami do sufitu sypały trocinami na przetarty, poplamiony perski dywan. Trzy ściany były całkowicie zakryte przez zawieszone na nich mapy, portrety, sielskie pejzaże, abstrakcje i plakaty z pism motoryzacyjnych; pozostała dźwigała rząd półek uginających się pod ciężarem ksiąg. Ilość i dobór lektur niezbicie świadczył o tym, że szef był nie tylko osobą uczoną, ale także zapalonym, choć niezbyt wybrednym wielbicielem literatury piękniej. W swej biurowej bibliotece, oprócz fachowych ksiąg związanych z zawodem czarodzieja, posiadał bogatą kolekcję zróżnicowanej gatunkowo i jakościowo beletrystyki. Było tam prawie wszystko, począwszy od sczytanej “Iliady” Homera, poprzez “Fausta” Goethego, “Zemstę” Fredry, pełen anglojęzyczny cykl o Świecie Dysku Pratchetta, książkową wersję “Terminatora 2″, a na romansidłach spod znaku Harlequina skończywszy. Gabinet, jak każde przyzwoite pomieszczenie tego typu, wyposażony był także w biurko. Wykonany z ciemnego drewna mebel pokryty był okręgami odciśniętymi od ustawianych na nim szklanek, tytoniowym popiołem i wysokimi, niestabilnymi stosami gęsto zapisanych odręcznym pismem kartek. Wystrój pomieszczenia mocno odbiegał od ogólnie przyjętych norm, ale to nie on wprawiał interesantów i gości Wielkiego Szefa w osłupienie. Najbardziej szokujący w gabinecie był brak otworów wejściowych. Biuro nie posiadało ani okien, ani drzwi. Było to wygodne rozwiązanie, jeśli nie chciało się być nieustannie nachodzonym przez petentów, jednak Wojciech, będąc zwolennikiem mniej radykalnych środków, uważał je za przesadzone. Podobny efekt można by uzyskać, zamykając drzwi na solidny zamek. Tak czy inaczej, Wodzirej stanął przed koniecznością dostania się do biura szefa. Najprostszą, najbardziej rozpowszechnioną wśród magów metodą była teleportacja. Wojtek podczas intensywnego kursu magii praktycznej przyswoił sobie odpowiednie zaklęcie, jednak będąc przywiązanym do własnego ciała, nie miał szczególnej ochoty rozbijać go na atomy i ponownie składać w gabinecie Wielkiego Szefa. W przeciwieństwie do swych siwobrodych kolegów po fachu, był zaznajomiony z klasyką współczesnej kinematografii; film “Mucha” dobitnie pokazywał, czym takie beztroskie teleportacje mogą się zakończyć. Po chwili namysłu Wojtek zdecydował się na chwilowe zdezintegrowanie kawałka ściany. Przemierzając korytarze budynku, przypominał sobie odpowiednią inkantację. Po kilku minutach dotarł w pobliże gabinetu Szefa. Potęgą umysłu i kilkunastoma chrapliwymi monosylabami spróbował przekonać wszechświat, że gruba na trzydzieści centymetrów ściana zbudowana jest nie z betonu, a z powietrza. Wszechświat okazał się odporny na sugestię. Wojciech spróbował ponownie, tym razem koncentrując się na dezintegracji jedynie niewielkiej części ściany. Wszechświat nadal nie wykazywał chęci do współpracy. Rozjuszony niepowodzeniem Wodzirej, zdecydował się na bardziej bezpośrednią metodę zmiany wszechświata. Wyczarował sobie kilof. Po kilku minutach intensywnego okładania narzędziem ściany udało mu się wybić dziurę wielkości pięści. Przez wybity otwór dostrzegł jak zawsze uśmiechniętą twarz Wielkiego Szefa. Nim zdołał unieść kilof do kolejnego uderzenia, uświadomił sobie, że nie stoi już w korytarzu, tylko w gabinecie naczelnego maga.
- Niezwykle wyrafinowanymi środkami posłużyłeś się, by zaszczycić mnie swoją obecnością. Doceniam twą pomysłowość. Wybaczysz, mniemam, iż przerwałem twe starania mające na celu uczynić ścianę niebyłą, pragnąłem wszakże zaoszczędzić ci wysiłku. Energia potrzebna ci będzie na wykonanie inaugurującego twą karierę zadania, mój drogi. - rzekł Szef, nabijając fajkę.
Wojtek pokiwał głową i usiadł naprzeciw przełożonego. Wielki Szef nieśpiesznie zapalił tytoń, i dobrodusznie uśmiechając się do młodego maga, wręczył mu papierową teczkę.
- Twa misja do wielkiej wagi zadań należy. Raczysz udać się do pewnej tętniącej niebezpieczeństwem lokacji, tam zgodnie z prawidłami konspiracji skontaktujesz się z naszym pracownikiem terenowym i z jego rąk odbierzesz potężny, ewidentnie magiczny, choć niezbadany dotąd artefakt. Wszelkie szczegóły spisane są na kartach znajdujących się w tej oto teczce, mój drogi chłopcze. Poświęć proszę im odrobinę uwagi, gdybyś pytania jakieś po lekturze wyartykułować pragnął, zapraszam w skromne progi mego gabinetu. Dziękuję za poświęcony mi czas.
Wodzirej otworzył usta, by zrewanżować się odpowiednią grzecznościową formułką, jednak zanim zdołał wypowiedzieć pierwsze słowo, stał już na korytarzu, dzierżąc kilof. Ściana była nietknięta.
***
Bufet chełpiący się szumnym mianem kafeterii znany był z niesmacznych potraw, niewygodnych krzeseł i niemiłej obsługi. Tym niemniej był najczęściej odwiedzanym pomieszczeniem w budynku, gdyż magowie nie należą do ludzi pamiętających o wzięciu do pracy drugiego śniadania. Człowiek jest w stanie znieść znacznie więcej niż znieważenie przez bufetową Basię, torturę pośladków i nieprzyjemne wrażenia smakowe, by zaspokoić głód. Wojtek siedział przy poplamionym stoliku, i pogryzając coś, co udawało zapiekankę, a tak naprawdę było pretendentem do tytułu najgorszej potrawy wieku, przeglądał zawartość papierowej teczki. Materiału do lektury nie było wiele, jednak kilka wymiętych kartek wystarczyło, by maga zniechęcić. Tętniąca niebezpieczeństwami lokacja okazała się być Ściernikiem Średnim – niewielką mieściną oddaloną o dwieście kilometrów na wschód. Pracownik terenowy – podstarzałą kobietą z dużą nadwagą o aparycji przywodzącej na myśl reklamy margaryn i proszków do prania. Od wyglądu kobiety jeszcze bardziej zniechęcający był fakt, że wśród dalekich przodków miała ona wampira. Co prawda z dossier wynikało, że domieszka wampirzej krwi jest bardzo niewielka i owocuje jedynie drobnym uczuleniem na ostre słoneczne światło i skłonnością do krwistych steków, jednak Wojtka to nie uspokoiło. Wodzirej zrozumiał, że przydzielona mu misja wielkiej wagi jest w istocie zadaniem wymarzonym dla poczty polskiej, a nie dla maga. Niezadowolony, wcisnął teczkę pod ramię i opuścił budynek, zmierzając na dworzec PKS.
***
- Urodziwy z pana młodzieniec, może jajeczko? – spytała zalotnie siedząca obok Wojtka staruszka.
Wojtek z uporem wpatrywał się w okno, jednak nie na tyle intensywnie, by przekonać współpasażerkę, iż bardziej od konwersacji bawi go podziwianie widoków.
- Nie, dziękuję.
- Ojej, taki dorodny chłopak powinien zjeść jajeczko, żeby mieć dużo siły. – staruszka podetknęła magowi obrane jajko pod nos.
- Nie mogę. Lekarz zabronił. – bronił się Wojtek desperacko.
- Dobre jajeczko. Am, am! Za mamusię.
- Naprawdę nie wolno mi, proszę pani.
- Ojej, nie chcesz jajeczka? To może chociaż dasz babulince buzi? – staruszka zatrzepotała rzęsami.
Wojtek ze zgrozą uświadomił sobie, że trzeba było zjeść jajeczko.
***
Wodzirej, klnąc z cicha, stąpał po zdewastowanym chodniku. Ścierniawy Średnie, co zresztą można było wydedukować z ich nazwy, nie oferowały zbyt wielu atrakcji turystycznych. Właściwie to nie tylko nie oferowały atrakcji turystycznych, najwyraźniej nie oferowały atrakcji w ogóle. Mieszkańcy miasta snuli się bez celu po zaniedbanych ulicach, umilając sobie spacer pluciem pod nogi i niewyraźnym mamrotaniem. Wojtek miał dużo czasu do zabicia, do spotkania z grubą wampirzycą pozostały dwie godziny. Przechadzał się więc po niewielkim ryneczku, licząc na to, że czas zdechnie z nudów. Po kwadransie udało mu się wypatrzeć szyld reklamujący bar mieszczący się w piwnicy pobliskiej kamienicy. Bez wahania zstąpił do „Czwartego Paska”. Średnio uważny obserwator bez trudu pojąłby, że Wojtek jest w tarapatach. Dostrzegłszy młodego maga, klienci lokalu, jeden po drugim zesztywnieli. Zupełnie jakby jakieś złośliwe bóstwo dla żartu odebrało nieszczęsnym mężczyznom zdolność ruchu, przekazując ją otaczającym ich przedmiotom. Karty wypadały z zatrzymanych w pół ruchu dłoni, malowniczym lotem opadając na linoleum. Papierosy wyślizgiwały się z pomiędzy zaciśniętych w gniewnym grymasie warg, podpalając niechlujne, należące do pokerowej puli, stosiki banknotów. Piwo lało się na posadzkę, przewracały się tandetne plastikowe krzesła. Lustrzana kula bezskutecznie próbowała przywrócić ludziom zdolności motoryczne, kolorowym światłem zachęcając do pląsów. Różnobarwne plamy tańczyły po nieruchomych, muskularnych i skierowanych frontem ku Wojtkowi sylwetkach. Rytmiczne dudnienie ścieżki dźwiękowej z “Siedmiu Wspaniałych” brutalnie przerobionej na modłę utworów klubowych wypełniało salę. Spragniony, zmęczony podróżą i zły jak wszyscy diabli Wojciech nie zwracał uwagi na otoczenie. Lawirując między stolikami, dotarł do baru. Pojął, że w “Czwartym Pasku” nie spotka go nic dobrego, dopiero gdy barman napluł mu do zamówionego piwa, po czym za tak doprawiony trunek zażądał dwudziestu złotych. W chwili, którą Wodzirej obrał sobie na dosadne wyrażenie opinii o manierach stojącego za kontuarem mężczyzny, klienci knajpy przebudzili się z letargu. Przerwali złorzeczenia Wojtka w dość nieokrzesany sposób. Cisnęli w niego krzesłem. Plastikowy mebel trafił Wodzireja w plecy. Nagły cios skutecznie odwrócił uwagę maga od podłej jakości obsługi, kierując ją na krańcowo odmienny tor. Wojtek, rozmasowując urażone miejsce, dziękował w duchu wielkim bohaterom ludzkości - wynalazcom polimerów. Gdyby krzesło, zamiast z plastiku, było wykonane z dowolnego naturalnego surowca, dajmy na to dębowego drewna, zamiast nabić siniaka, roztrzaskałoby mu kręgosłup. Klienci baru nie pozwolili mu na zbyt długie sławienie tytanów nauki. Wymieniwszy kilka słów, ruszyli ku niemu. Największy i najbrzydszy z nich, niewątpliwie krzesłomiot, wysforował się przed swych kamratów, długimi susami pędząc na zdezorientowanego maga. Tupot obleczonych w ciężkie buciory stóp bez trudu przedarł się przez łoskot muzyki. Wodzirej w osłupieniu przyglądał się szarży.
- Panowie, to jakieś nieporozumienie. – wychrypiał.
Wielki brzydal wyraźnie nie zgadzał się z opinią Wojtka, co zamanifestował, rozciągając wargi w pogardliwym uśmiechu.
- Panowie, na litość boską, przemoc jako metoda rozwiązywania sporów jest mocno przereklamowana! – wrzasnął Wodzirej w przypływie paniki, uświadamiając sobie, że od osiłka dzieli go zaledwie kilka metrów.
Ogromnym wysiłkiem woli stłumił histerię i skoncentrował się na wyborze adekwatnego do sytuacji zaklęcia. Z podobnym problemem zdarzyło się Wojtkowi spotkać podczas wieńczącego jego naukę egzaminu. Pytanie brzmiało: „Bieży ku tobie agresywny gbur o potężnej muskulaturze i wyraźnie nieprzyjaznych zamiarach. Co robisz?”. Niestety, podczas egzaminu Wojtek ściągał, więc jedyne, co mógł zrobić w obliczu realnego zagrożenia, to improwizować. Wykrzykując magiczne słowa, wyrzucił ręce przed siebie. Z opuszków palców trysnęła ciecz, która w założeniach miała być żrącym kwasem, a okazała się być olejem rzepakowym. Pędzący osiłek zignorował owe magiczne działania, i rycząc triumfalnie, zamachnął się do ciosu. Wojtek uskoczył w bok, a rozpędzony olbrzym, niezdolny do zatrzymania się w kałuży oleju, zderzył się z kontuarem. Wodzirej w przypływie zdrowego rozsądku rzucił się do wyjścia. Nim zdołał pokonać połowę dzielącego go od drzwi dystansu, jeden z klientów „Czwartego Paska” wycelował w niego pistolet. Wojtek został przeszkolony w zakresie podstawowego posługiwania się magią ochronną. Już na pierwszych zajęciach zmuszony był wykuć trzy różne zaklęcia zdolne zmienić tor lotu dowolnego pocisku, z wystrzelonym z pistoletu włącznie. Problemem było to, że prowadzący szkolenie czarownik przekazywał wiedzę zaczerpniętą z wiekowych traktatów. Wpojone Wodzirejowi zaklęcia były niezawodne, jednakże przydatność straciły, gdy z powszechnego użycia wyszły włócznie i oszczepy. Ludziom odpowiedzialnym za program szkolenia młodych adeptów magii najwyraźniej umknął fakt, że w czasie potrzebnym na wyszeptanie kilkunastu monosylab inkantacji, broń palna położy szepczącego trupem. Dlatego też Wojtek padł na posadzkę, gdy tylko dostrzegł pistolet. Co innego, gdyby oprych mierzył do niego z ustawionej na sąsiednim wzgórzu katapulty. Gdy Wodzirej był już pewien, że z żywotem rozstanie się w przeciągu najbliższych trzydziestu sekund, drzwi wyjściowe opuściły swe zwyczajowe miejsce we framudze i pomknęły przez salę. Do baru zawitała otyła wampirzyca. Otyła i mocno zirytowana. Otyła, mocno zirytowana i uzbrojona w dziewięciomilimetrowe uzi. Z niesmakiem spojrzała na wtulonego w linoleum Wojtka, westchnęła, po czym puściła krótką serię w przymierzającego się do strzału mężczyznę. Wojtek z fascynacją i trwogą obserwował rozwój sytuacji. Nim ciało ostrzelanego jegomościa opadło na posadzkę, jego kamraci rzucili się na wampirzycę. Dwaj atakujący zginęli na miejscu, porażeni rozpędzonym ołowiem. Następny padł bez przytomności po otrzymaniu ciosu kolbą automatycznego pistoletu. Między ocalałymi klientami przybytku a wampirzycą rozpętała się zażarta walka wręcz. Wojtek, korzystając z tego, iż nie absorbował już niczyjej uwagi, podniósł się z parteru. Wstał i osłupiał. Z wrogo usposobionymi bywalcami „Czwartego Paska” działy się rzeczy niestworzone. Po pierwsze, mimo oczywistej przewagi liczebnej przegrywali potyczkę z otyłą kobietą w zaawansowanym wieku średnim. Po drugie, gwałtownie obrastali sierścią i zmieniali kształty z ludzkich na zwierzęce. Był to nieprzyjemny widok, nic dziwnego więc, że wyjątkowo wyczulony estetycznie Wojtek dyskretnie ruszył do wyjścia. Coś szarpnęło go za nogę i ściągnęło na powrót na brudną posadzkę. Przerażenie maga urosło do rangi horroru, gdy napastnikiem okazała się być olbrzymich rozmiarów wiewiórka. Rosły na metr i na metr szeroki, potwornie zdeformowany, z sierścią pozlepianą olejem, gryzoń wpił siekacze w łydkę Wojtka. Wodzirej kopnął na oślep, wiewiórka bez trudu uniknęła ciosu i ponowiła atak rzucając się do gardła ofiary. Wojtek chwycił bestię za pysk, jednak z każdą sekundą ostre jak brzytwy siekacze zbliżały się do jego krtani. Podstarzała wampirzyca tymczasem wymierzała potężne kopniaki i druzgocące uderzenia zdobycznym kijem bilardowym. Choć blisko połowa jej oponentów leżała bez ruchu na posadzce, zaczynała tracić przewagę. Pozostali przy życiu klienci lokalu, w nowo przyobleczonych zwierzęcych kształtach przeszli do wściekłego kontrataku. Wojtek ostatkiem sił wyszeptał krótkie zaklęcie. Miseczka wypełniona orzeszkami zatańczyła na kontuarze baru, by po chwili zsunąć się z jego krawędzi. Nos wiewiórkołaka zadrgał gwałtownie, gdy fistaszki rozsypały się po podłodze. Morda bestii wykrzywiła się wściekle, gdy instynkt roślinożercy wypierał z mózgu rządzę mordu. Zwierzoczłek z gracją zeskoczył ze swej niedoszłej ofiary i rzucił się w kierunku orzeszków. Wojtek odetchnął z ulgą, leniwie kalkulując, ile czasu zajmie wiewiórkołakowi pochłonięcie orzeszków. Pulchna, ociekająca krwią dłoń chwyciła go za kołnierz i energicznym szarpnięciem zmusiła do przyjęcia pozycji wertykalnej. Wyraz twarzy wampirzycy dobitnie wyrażał, jak bardzo niemiłe uczucia jej właścicielka żywi wobec maga. Daleka potomkini Kaina ramieniem osłoniła twarz przed pazurami przerośniętego bobra, po czym odpędziła go niedbałym kopniakiem. Ciągnąc Wojtka za kołnierz, odparowując kolejne ataki, szybko zmierzała do wyjścia. Zatrzymała się we framudze, wypchnąwszy uprzednio maga na schody.
- Ja ich zatrzymam. – stwierdziła, rzucając kluczyki pozostającemu w szoku Wojtkowi – Ty zmiataj na górę i odpal wóz.
***
- Jezus, przenajświętsza Maryja! Czy oni tam w kierownictwie kompletnie już zaniemogli na umysłach? Wysyłają do akcji w terenie jakiegoś cholernego Harry’ego Pottera! – skarżyła się wampirzyca, wprowadzając samochód w ostry zakręt.
- Nawet nie, przeklęta niech będzie ich mać! Harry Potter pewnie miałby dość rozsądku i umiejętności, żeby uciec z tej speluny na latającej miotle, a ciebie, smarkaczu, za rączkę wyprowadzać trzeba było!
Wampirzyca była wyraźnie wzburzona, co można było wywnioskować nie tylko z jej wypowiedzi, ale także z dzikiej szamotaniny, jaką prowadziła z kierownicą.
- Wie pani, co, pani Van Dame? Gdyby raczyła pani napomknąć w swoich raportach o knajpie pełnej tych, tych… Czymkolwiek oni są, to nic z tego, co się stało, nie miałoby miejsca. Oczywiście rozumiem, że miała pani ważniejsze rzeczy do roboty. Myślę jednak, że pomiędzy treningami karate a zajęciami na strzelnicy mogła pani znaleźć chwilę, by machnąć jakąś służbową notatkę. Coś nieskomplikowanego, powiedzmy: „Nie wchodzić do „Czwartego Paska”, rezydują tam straszliwe bestie”.
Wojtek wcale nie był bardziej spokojny od swej wybawczyni.
- Po pierwsze, to panna. Po drugie, to nie będziesz mnie pouczał, Harry. Przetopiłam mój ulubiony komplet sztućców na srebrne kule, dzięki którym jeszcze oddychasz, więc okaż trochę wdzięczności!
Wodzirej przygotowywał się już do ciętej riposty, jednak wampirzyca przerwała dyskusję nagłym przydepnięciem hamulca.
- Wysiadamy. – zaordynowała.
***
- Słuchaj teraz uważnie. – powiedziała wampirzyca, krzątając się po kuchni – Spaliłeś moją przykrywkę. Musimy się wynieść z tego przeklętego miasta tak szybko, jak się da. Te cholerne zwierzoczłeki mogą się tu zjawić lada chwila.
- Dobra. Fajnie. Tylko mogłabyś mi wyjaśnić, dlaczego właściwie one nas nie lubią? To znaczy, domyślam się, że nie przepadają za tobą z takich samych powodów, z których i ja za tobą nie przepadam, ale co mają do mnie? I dlaczego, do cholery, zabrałaś się za pichcenie, skoro musimy stąd uciekać?
Wampirzyca przyodziała się w kuchenny fartuch i zaczęła rozcinać mięso na płaty.
- Uważaj na słowa, synku. Pamiętasz to magiczne ustrojstwo, które miałeś dyskretnie odebrać? Należy do nich. Należało. Zanim im je zabrałam. Szef bandy nie jest głupi, na pewno domyśli się teraz, kto przywłaszczył sobie ich cenny artefakt i jak tylko zreorganizuje podkomendnych, zacznie mnie szukać. Dlaczego chcieli ciebie zabić, nie wiem. Zapewne wyczuli coś, co im się nie spodobało w twojej aurze, tak samo jak ja wyczułam, że jesteś w niebezpieczeństwie. Przyszłam z pomocą, bo przeraziła mnie perspektywa przesiadywania na przesłuchaniach w sprawie twojej śmierci. Mówię to w odniesieniu do twojego trzeciego pytania.
- Co? – Wojtek nie miał zamiaru ukrywać braku zrozumienia.
Wampirzyca wycelowała w Wojtka kuchenny nóż, którym szatkowała cebulę.
- To, że jeśli będziesz nadal zdawał impertynenckie pytania, to mogę być jednak zmuszona przesiadywać na rzeczonych przesłuchaniach. Mam ochotę na befsztyk i zamierzam go zjeść choćby niebo się waliło, jasne?
Wojtek, nie chcąc rozjuszać i tak już zdenerwowanej wampirzycy, zmienił temat rozmowy.
- Nie powinna pani opatrzyć tych zadrapań?
Wampirzyca przelotnie spojrzała na krwawe bruzdy szpecące jej masywne ciało i wzruszyła ramionami.
- Do wesela się zagoi.
- Jak pani woli. Gdzie trzyma pani apteczkę? Jeden z tych bydlaków użarł mnie w nogę. – wyjaśnił Wojtek w odpowiedzi na pytające spojrzenie wampirzycy.
- Ugryzł cię? Toś się doigrał, synku. – beztrosko stwierdziła wampirzyca, rozgrzewając patelnię – Nie oglądasz horrorów? W czasie najbliższej pełni dołączysz do wesołego grona zwierzoczłeków. Żadna woda utleniona i plaster tego nie zmieni.
Wojtek w ogromnym skupieniu kontemplował wypowiedź wampirzycy. Gdy po chwili pojął jej sens, spadł z krzesła.
- Uszy do góry! Bycie zwierzoczłekiem nie jest takie złe, jak mówią. Znałam kiedyś pewnego wilkołaka, który bardzo sobie cenił likantropię. Co prawda narzekał na walające się po całym mieszkaniu kłęby sierści i ogarniającą go nieodpartą chęć wgryzania się w gardła przypadkowych przechodniów, ale nie ma przecież róży bez kolców.
- Ale ja nie chcę być wielką wiewiórką! – piskliwie krzyknął Wojtek, chwytając się stołu i podnosząc na nogi.
- Wiewiórka pod wieloma względami jest lepsza od wilka. Nie cuchnie tak bardzo. Może wspinać się po drzewach. Ma ładniejszy pyszczek.
- Ale ja nie chcę być wiewiórką!
- Daj spokój, zachowujesz się jak dziecko. Przyjmij to jak dojrzały mężczyzna, na Boga!
Wojtek ani myślał przestać histerycznych popiskiwań. Doskoczył do wampirzycy i szarpiąc ją za fartuch, wrzasnął:
- Ja nie chcę być wiewiórką!
- Opanuj się. Stajesz się monotematyczny. – wampirzyca wymierzyła Wodzirejowi siarczysty policzek.
- Musi być przecież jakiś sposób, żeby temu zaradzić? – pisnął Wojtek odrobinę spokojniej niż poprzednio.
- To pytanie? A skąd ja mam, na świętą Anielkę, wiedzieć? To ty tu jesteś dyplomowanym magiem. Nie uczą was tego?
Wojtek popadł w zadumę, rozpaczliwie starając się znaleźć sposób ratunku. Istotnie, podczas szkolenia zdarzyło mu się przeglądać grubą broszurę, traktującą o wilkołakach. Niestety autor, należał do ludzi stawiających formę ponad treść. Jedyne zrozumiałe i związane z tematem zdanie, na jakie Wojtek natrafił podczas lektury brzmiało: „Do wilkołaka po żadnym pozorem zbliżać się nie należy”. Mag, który złamał tę wydrukowaną tłustym drukiem zasadę nie mógł liczyć na pomoc uczonych tekstów.
- Musi być jakieś lekarstwo. – płaczliwie, bardziej spytał niż stwierdził.
- Nie musi. – odparowała wampirzyca, podtykając mu pod nos talerz – Zjedz mięska. Wprawdzie to nie orzeszki, ale pożywne.
***
- Słuchaj, skąd właściwie wzięła się tu banda zwierzoczłeków? – spytał pokrzepiony wyśmienitym befsztykiem Wojtek.
- Nie wiem, były tu, kiedy przyjechałam. Po co ci to wiedzieć? – odpowiedziała Wampirzyca, łapczywie pochłaniając kolejnego kotleta.
- Bo to odrobinę dziwne, prawda? Kilkanaście zwierzoczłeków w jednym miejscu.
- Bo ja wiem? Na początku pewnie był tylko jeden. Pokąsał towarzyszy i rozniósł choróbsko.
- Nie. Wtedy wszyscy zamienialiby się w zwierzęta tego samego gatunku. A ten artefakt, co to właściwie jest?
- Chyba mnie z kimś mylisz, synku. Pracuję w terenie, a nie w bibliotece, zapłacili mi za zdobycie tej zabawki, zrobiłam to i na tym kończy się moje zainteresowanie sprawą.
Wampirzyca wstała od stołu, by po chwili wrócić z niewielkim, metalicznie lśniącym przedmiotem w kształcie walca. Bez słowa położyła go przed Wojtkiem i nałożyła sobie kolejną porcję mięsa. Wodzirej sięgnął po artefakt i ostrożnie obrócił go w rękach.
- To nie jest magiczny przedmiot. – stwierdził z konsternacją.
- Nie wyczuwasz jego mocy? Pewnie jest obłożony jakimś maskującym zaklęciem.
- Nie o to chodzi. – Wojtek w skupieniu zmarszczył brwi.
- O co więc chodzi?
Wodzirej wskazał palcem podstawę walca.
- Widzisz ten napis?
- Jakaś runiczna inskrypcja? – wampirzyca była zbyt zajęta przeżuwaniem kotleta, by dokładnie przyjrzeć się literom.
- Niezupełnie. Napisano tu: „made in USSR”.
***
- Jesteś niemądry. Delikatnie rzecz ujmując. – stwierdziła wampirzyca, zapinając walizkę.
- Wiem. – Wojtek, który niejednokrotnie spotkał się już z tą opinią nie zamierzał się sprzeczać.
- Co ci to da, że tu zostaniesz? To, że ten piekielny zwierzyniec pożre cię żywcem?
- Już to tłumaczyłem. Myślę, że cokolwiek było w tym radzieckim kontenerze, zamieniło tych osiłków w zwierzoczłeki. Jakiś rodzaj broni biologicznej. Mam nadzieję, że jeśli uda się znaleźć trochę tej substancji, będzie możliwe opracowanie serum. Sądzę, że zwierzoczłeki mogą mieć jeszcze jeden kontener, a na pewno wiedzą skąd wziął się ten. Muszę to z nich wyciągnąć.
Aż tak bardzo nie chcesz być wiewiórką, co? – spytała wampirzyca retorycznie – W porządku. Rób co chcesz, nie jestem przecież twoją matką. Mam tylko nadzieję, że opracowałeś jakiś dobry plan. Bywaj.
Wampirzyca zniknęła za drzwiami, pozostawiając Wojtka w pachnącym smażonym mięsem hotelowym pokoju.
***
Plan Wojtka był prowizoryczną kompilacją pomysłów zaczerpniętych z hollywoodzkiego kina akcji oraz doświadczenia, zdobytego podczas kilkudziesięciu godzin, spędzonych na grze w pokera. Śmiało można by powiedzieć, że opierał się na blefie tak wielkim, że człowiek który miałby w niego uwierzyć musiałby być nie tylko bardzo naiwny, ale też bardzo pijany. Nie, planu zdecydowanie nie można było nazwać dobrym. Gdyby Wodzirej, zamiast niepokojącej skłonności do licytowania z parą dwójek, posiadał odrobinę zdrowego rozsądku, nie ryzykowałby swojego życia tylko po to, by uniknąć przeistoczenia się w wiewiórkę. Zdeterminowany, pocący się ze strachu, czekał na zwierzoczłeki. Pojawiły się zaraz po północy. Nie tracąc czasu na pukanie, wyważyły drzwi i wtargnęły do pokoju.
- Nareszcie. – stwierdził Wodzirej, patrząc na szefa bandy, raźno kroczącego w jego kierunku. - Już myślałem, że nigdy się nie pojawicie.
Oprych, ani myśląc wdawać się w konwersację, chwycił maga za szyję i jednym szarpnięciem zerwał go z krzesła.
- Gdzie gruba baba? - ryknął.
- Spokojnie przyjacielu. Mam dla ciebie pewną propozycję.
- Gdzie gruba baba?! – wiewiórkołak energicznie potrząsnął magiem.
- Powiedziałem: spokojnie! – Wodzirej uznał, że najwyższa pora podnieść głos – Wszystko w swoim czasie. Najpierw wysłuchaj, co mam ci do powiedzenia.
Oprych zmierzył Wojtka zirytowanym wzrokiem, po czym rozluźnił uchwyt.
- Gadaj, czarowniku. Byle szybko.
- Nie dość, że będę gadał szybko, to w dodatku treściwie i przystępnie. Chcę się do was przyłączyć. Ugryzłeś mnie. Niedługo będę taki jak wy. Przyjmijcie mnie w wasze szeregi, a powiem ci, gdzie znajdziesz grubą babę. Jak wiewiórka wiewiórce.
Wiewiórkołak opuścił maga na ziemię i podszedł do swych towarzyszy. Po trwającej kilka minut szeptanej konferencji podjął decyzję.
- Zgadzacie się na moją propozycję?
- Nie. – odparł przywódca zwierzoczłeków - Będziemy cię torturować.
Nim Wojtek zdołał zaprotestować, potężny cios pozbawił go przytomności.
***
Świadomość powróciła podobnie jak odeszła - niezwykle boleśnie. Ciało Wojtka protestowało przeciw złemu traktowaniu, pulsując nieprzyjemnie. Po chwili, jaka upłynęła, nim zdołał się uporać z bodźcami serwowanymi mu przez własny organizm, mag zainteresował się światem zewnętrznym. Powiedzieć, że otoczenie nie napawało otuchą, to tak jakby powiedzieć, że woda jest lekko wilgotna. Pomieszczenie, oświetlone przez zwisającą z sufitu żarówkę, skłoniłoby zdeklarowanego optymistę do markotnego narzekania na niesprawiedliwości wszechświata. Wodzirej znalazł się w zimnej klitce o betonowej posadzce i brudnych ścianach. Przywiązano go do metalowego krzesła i zakneblowano. Nie pozostało mu nic innego, jak tylko rozpaczać nad tragicznym położeniem, w jakim się sam nieopatrznie umieścił. Kilkanaście minut upłynęło, nim drzwi celi przekroczyło dwóch oprychów.
- Gdzie gruba baba? – zaczął bez ogródek większy z nich, zrywając knebel i uderzając Wojtka w twarz.
Tak bezpośrednie podejście do sprawy zawiodło Wodzireja, który podejrzewał, że zostanie poddany jakimś subtelnym, mającym skłonić go do współpracy, psychotechnikom. To, że oprawcy nie zechcieli wcielić się w role dobrego i złego gliny mógł przeboleć, ale fakt, że nie próbowali nawet zastraszyć go, opowiadając, jak bardzo wyrafinowane techniki tortur mają zamiar zastosować, mocno mu ubliżał. Westchnął ciężko i podał oprawcom dokładne namiary na wampirzycę.
- Kłamiesz! – wrzasnął Mniejszy i kopnął maga w brzuch, przewracając go razem z krzesłem.
- Nie. – szepnął Wojtek i ponownie, ale z o wiele większym niż poprzednio entuzjazmem, stracił przytomność.
***
- Do jasnej cholery! Jak mogłeś o tym zapomnieć, kretynie? – ryknął większy z oprawców, zatrzaskując klapę bagażnika.
- Mówię ci, że przedwczoraj wrzuciłem go razem z łopatą. – odpowiedział mniejszy, wyciągając nieprzytomnego maga z samochodu i ciskając go w śnieg.
- Pewnie, że wrzuciłeś, kretynie. A potem przyszły krasnoludki i go zwinęły, co? Hej ho, na grabież by się szło! I co teraz zrobimy? Przecież bez kilofa grobu sobie nie wykopie.
- No nie, ziemia za twarda. – rzekł Mniejszy pokornie, cucąc Wojtka kopniakiem w korpus i wciskając mu w ręce łopatę – A może by go tak zwyczajnie kropnąć i zostawić?
- Możemy kropnąć i zostawić. – Większy wzruszył ramionami – A Zdzisiek może nam się za to dobrać do dupy.
Mniejszy zmusił Wojtka do podniesienia się na nogi i lufą pistoletu wskazał mu - biegnącą w głąb lasu - ścieżkę. Wodzirej, z braku atrakcyjniejszej alternatywy, chwiejnie ruszył przed siebie.
- To może do bajora z nim? – Mniejszy zmotywował Wojtka do szybszego marszu, wciskając mu lufę pistoletu między łopatki.
- Daleko i trzeba by się przez lód przebijać. Bez sensu.
Przez kilka minut maszerowali w ciszy.
- Dobra. Starczy już. Złaź ze ścieżki. – zaordynował Większy, popędzając Wojtka w śnieg, sięgający łydek.
Zatrzymali się między drzewami, kilkanaście metrów dalej.
- To co robimy? – spytał Mniejszy, wymierzając Wodzirejowi profilaktycznego kuksańca w śledzionę.
Większy w skupieniu podrapał się po głowie.
- To czarodziej, nie? Niech wyczaruje sobie grób, do cholery.
- No, niby racja. Tylko, jak się połapiemy czy czaruje sobie grób? Bo, wiesz, może wyczarować coś innego, nie? Kule kwasu i strumień ognia, albo na odwrót.
- Fakt. Bystrzacha z ciebie stary. Przepraszam, że nazwałem cię kretynem.
Większy podszedł do wspartego o konar Wojtka i, wręczając mu patyk, zażądał:
- Napisz zaklęcie. Na śniegu. Tak jak się czyta. Ma wykopać w ziemi dziurę. Bez żadnych sztuczek i przekrętów, bo w przeciwnym wypadku bardzo uprzykrzę ci ostatnie chwile życia, kapujesz?
Wojtek apatycznie pokiwał głową i powoli wypisał w śniegu słowa inkantacji, które większy z oprawców głośno wymówił. Ziemia rozstąpiła się z ironicznym zgrzytem, tworząc niewielką wyrwę, która za grób mogłaby służyć co najwyżej poćwiartowanemu krasnoludkowi. Oprawcy zaklęli chóralnie i po krótkiej wymianie zdań zwrócili się do Wojtka.
- Ściągniemy ci teraz knebel. To ty tu jesteś czarownikiem, więc to ty będziesz czarować. Jeśli przekręcisz choćby jedną sylabę zaklęcia, pożałujesz. Są o wiele gorsze rodzaje śmierci niż na skutek zatrucia rozpędzonym ołowiem. Rozumiemy się?
Wodzirej ponownie kiwnął głową.
- Świetnie, no to jazda do roboty. – stwierdził Większy zrywając kneblującą maga szmatę.
Wojtek powoli wyrzęził słowa zaklęcia.
- Co jest? Nie działa? Czarujesz gorzej ode…
Większy przerwał w pół zdania, z konsternacją uświadamiając sobie, że podłoże ucieka mu spod nóg. Ryknął dziko celując pistoletem, jednak zanim zdążył wystrzelić, został pochwycony przez grawitację i ciśnięty w głąb mrocznej czeluści. Mniejszy wykazał się lepszym refleksem; gdy tylko spostrzegł niepokojące zachowanie gruntu, skoczył przed siebie. Nie udało mu się uratować, ale odroczył swą wyprawę do wnętrza ziemi, chwytając krawędź nowo powstałej rozpadliny.
- Zabiję cię, śmieciu! Słyszysz mnie? Zabiję!
Wojtek odetchnął z ulgą i usiadł przy drzewie.
- Poważnie? To niezbyt mądre z twojej strony, wiesz? Ludzie zwisający z urwiska powinni błagać o pomoc, a nie grozić potencjalnym wybawcom. Gdybym był facetem impulsywnym, mógłbym w tym momencie deptać twoje palce, a nie uczyć cię trudnej sztuki kontaktów międzyludzkich.
- Dobra, wyciągnij mnie stąd, co? – poprosił Mniejszy z tonem paniki w głosie.
- Brawo! Doskonały pierwszy krok. Nie nazwałeś mnie śmieciem, nie podniosłeś głosu, zapomniałeś wprawdzie dodać „proszę” ale nadrobiłeś błagalną intonacją.
- Czyli mnie wyciągniesz?
- Nie, ale mogę umilić ci czas kulturalną konwersacją. – odparł Wojtek zimno, obmacując co bardziej posiniaczone z rejonów własnego ciała.
- Wyciągnij mnie śmieciu! Słyszysz?! Masz mnie wyciągnąć!
- A tak dobrze ci szło, gawędziliśmy sobie miło i już zacząłem rozważać, czy może jednak cię nie uratować. Pal licho, pomyślałem, połamane żebra, do wesela się zagoi. To przecież nie jego wina, takie miał rozkazy, więc może by wykazać się wyrozumiałością i jednak go wyciągnąć. A ty wszystko zepsułeś, ujadając tą swoją niewyparzoną, i co tu dużo mówić, paskudną gębą.
Mniejszy stracił wszelkie zainteresowanie rozmową, całą uwagę poświęcając na przekonanie własnych dłoni do tego, że nie są wcale tak bardzo zmęczone, jak im się wydaje. Wojtek wstał i, kuśtykając, lekko zbliżył się do krawędzi.
- Oto jak sprawy stoją. Powiesz mi, skąd wzięliście kontener z tym świństwem, które zamieniło was w zwierzoczłeki. Powiesz mi, gdzie znajdę więcej tej substancji.
- Dobra! Dobra! Tylko mnie stąd wyciągnij!
- Dopiero wtedy, gdy powiesz mi co chcę wiedzieć.
- Dostaliśmy go od Ruska! Dorzucił za darmo, to wzięliśmy cholera!
- Jaki Rusek do czego dorzucił?
- Facet od którego kupujemy! Do skrzyni kałachów i trzech granatników!
- Nie krzycz. Boli mnie głowa. Szmuglujecie broń z Rosji, tak?
- No.
- Dostaliście tylko jeden kontener?
- No. Rusek mówił, że to hit sezonu, broń biologiczna, że opylimy go bez trudu odpowiednim ludziom. Dał nam jeden na próbę.
- Jak to się stało, że zostaliście zainfekowani?
- Co?
- Zarażeni. Nie byliście chyba na tyle głupi, żeby go otwierać?
- No nie. Kupcy chcieli nas przewalić, była strzelanina, ktoś przedziurawił zakrętkę tej cholernej puszki.
- W porządku. Jesteś absolutnie pewien, że dostaliście tylko jeden kontener?
- No, ale… – Mniejszy urwał w pół słowa.
- Ale?
Mniejszy milczał przez chwilę, gorączkowo szacując priorytety i roztrząsając alternatywy postępowania.
- Szef zebrał trochę tego toksycznego syfu! Trzyma go w słoiku w lodówce! Wyciągnij mnie!
Wojtek mimo ogromnego wysiłku nie był w stanie powstrzymać się od odrobiny sadyzmu.
- W jakim słoiku i w jakiej marki lodówce?
- Litrowym słoiku. Polar, Polar, cholera!
- Dobra. Już cię wyciągam. – oświadczył Wojtek, wielkodusznie przerywając przesłuchanie.
Wodzirej cofnął się o krok, kilkoma zgrzytliwymi słowami i finezyjnym wymachem ramion wyczarował solidną linę. Uwiązał jeden z jej końców do drzewa, a drugi cisnął znajdującemu się na krawędzi zagłady zwierzoczłeków. Po kilku nieudanych próbach udało mu się wyciągnąć Mniejszego z rozpadliny. Przemytnik w momencie, w którym poczuł twardy grunt pod nogami odzyskał dawne, agresywne usposobienie.
- Teraz cię wykończę, czarowniku! – ryknął Mniejszy i pomknął ku Wojtkowi, w biegu przeobrażając się w coś, czego zidentyfikować nie byliby w stanie nawet państwo Gucwińscy.
Wodzirej spodziewał się takiego obrotu sytuacji. Zamachnął się łopatą, definitywnie i drastycznie przerywając dziką szarżę zwierzoczłeka. Przeszukał to, co zostało z ubrania Mniejszego. Ograbiwszy go z kluczyków do samochodu i telefonu komórkowego, ruszył przez las.
***
Nauczony doświadczeniem ostatnich godzin, Wodzirej nie miał szczególnej ochoty zabawiać się w Charlesa Bronsona. Niestety nie pozostawało mu nic innego, jak tylko próbować zdobyć próbkę tajemniczej broni biologicznej na własną rękę. Czas jaki by upłynął, nim dotarłoby wsparcie z Organizacji, banda zwierzoczłeków z pewnością wykorzystałaby na zmianę swej kryjówki. Wojtek porzucił samochód trzy przecznice od „Czwartego Paska” i, rozsiadłszy się na pobliskiej ławce, zadzwonił pod numer jednoznacznie opisany: „Szef Zdzisiek”.
- Czego?! – ryknął wiewiórkołak.
- Mam twoich ludzi. Proponuję wymianę. Broń biologiczna za ich życie.
- To ty czarowniku?!
- Ja.
- Skąd mam wiedzieć, że to prawda? Daj jednego z nich do telefonu.
- Nie mogą rozmawiać.
- Tak?
- Oberżnąłem im języki. – wyjaśnił Wojtek z braku lepszych pomysłów.
- Gówno. Pocałuj mnie w dupę! Obedrę…
Wodzirej przerwał połączenie i ze złością cisnął telefonem o chodnik. Zdruzgotany kolejną klęską, tępo wpatrywał się w zdobiącą beton mozaikę złożoną z plastiku i elektronicznych części. Z każdą mijającą minutą coraz bardziej uświadamiał sobie, że czas podkulić ogon i wrócić do domu. Był już gotów wstać i powlec się na autobusowy dworzec, gdy usłyszał niepokojąco znajomy głos.
- Zobaczcie, kochane, to ten przemiły młody człowiek z autobusu. Opowiadałam wam o nim!
Wodzirej podniósł wzrok, by ujrzeć grupę staruszek, raźno drepczącą ku niemu. Bandę leciwych dam prowadziła znana Wojtkowi pani, ta sama, która próbowała wmusić w niego jajko. Wodzirej powstrzymał instynktowną chęć ucieczki i przywitał się niemrawo:
- Witam drogie panie.
- Czy coś się stało chłopcze? Minę masz nietęgą, a szkoda, bo uśmiech masz ładny. Chyba wiem, jak cię pocieszyć! – babulinka od jajka złożyła wargi do pocałunku.
Wojtek zagryzł zęby i pozwolił się cmoknąć w policzek.
- Dziękuję! – krzyknął z przesadną radością – Ach, jaka szkoda, że nie ma ze mną Zdzisia. Jemu taka pociecha bardziej by się przydała.
- Tak, drogi chłopcze? A kto to jest Zdzisiu?
- Mój kolega. Bardzo miły chłopak. Strasznie jest smutny, odkąd wrócił z Paryża.
- Nie może być! – rzekła jedna z niewiast trzymająca się z tyłu grupy – A co kolega robił w Paryżu?
Wojtek rozejrzał się na boki, sprawdzając, czy żaden przypadkowy przechodzień nie znajduje się w zasięgu głosu. Gdy już upewnił się, że nikt nie przysłuchuje się rozmowie, powiedział:
- Nie powinienem chyba tego mówić, ale były panie dla mnie takie miłe… Zdzisiu wraz z kolegami z zespołu brał udział w paryskim konkursie talentów. Niestety zajęli dopiero piąte miejsce. Biedny Zdzisiek, porażka złamała mu serce. Teraz występują w pobliskim „Czwartym Pasku”, ale to nie to samo co francuskie estrady.
- A jaki to zespół? Piłka nożna?
- Co ty, głupia. Zdzisiu na pewno jest muzykiem. – zganiła jedna ze staruszek swoją koleżankę.
Wojtek gestem dłoni poprosił starsze damy o uwagę.
- Muszę, niestety, sprawić paniom zawód. Zdzisiu wraz z kolegami parają się bardzo niecnotliwym zajęciem: są striptizerami. – wyszeptał konspiracyjnym szeptem.
Po chwili, niezbędnej, by leciwe damy uzgodniły i zrozumiały znaczenie słowa „striptizer”, na Wojciecha posypał się grad pretensji. Jedna z pań zdecydowała się nawet delikatnie zdzielić Wojtka parasolką. Ostentacyjnie zniesmaczone staruszki odeszły bez pożegnania, gniewnymi minami manifestując swe oburzenie. Wodzirej uśmiechnął się szeroko, i gdy panie zniknęły za rogiem, ruszył za nimi, nucąc cicho refren jednej z piosenek ZZ Top.
***
Leciwe panie dotarły do „Czwartego Paska” bez większych trudności. Wojtek odczekał pięć minut przed wejściem do lokalu, po czym zdecydowanie pchnął drzwi i przestąpił próg. Wewnątrz panował chaos. Damy, podzielone na małe, dwu- i trzyosobowe grupki napastowały zwierzoczłeków. Chichocząc nieustannie, próbowały zedrzeć ze skonsternowanych bandziorów garderobę. Chichot ustępował miejsca pełnym podziwu westchnieniom, gdy udawało się im dopiąć swego. Barman, którego starsze panie powaliły za kontuarem, zdesperowanym krzykiem domagał się pomocy. Wojtek skorzystał z zamieszania i przekradł się na zaplecze, jednak jego szczęście skończyło się w chwili, gdy otwierał lodówkę.
- Co ty tu robisz i co się tam dzieje, u diabła? – spytał wiewiórkołak o imieniu Zdzisław, wyłaniając się zza sterty kartonowych pudeł.
Wojtek nie był przesądny, niejako z konieczności. Jego sąsiadka była zapaloną wielbicielką zwierząt. Wiara w pecha, gdy dzień w dzień twoją drogę przebiega minimum pięć czarnych kotów, nie jest dobrym pomysłem. Mimo to Wodzirej nawet w najbardziej optymistycznych prognozach nie zakładał, że tej konfrontacji uda mu się uniknąć. Nie wierzył w pecha, ale akceptował możliwość występowania częstych, mało prawdopodobnych i - co ważniejsze - niekorzystnych zbiegów okoliczności.
- Poddaj się. Jesteś otoczony. – rzucił bez przekonania, zaciskając palce na słoiku z brunatną substancją.
Wiewiórkołak ziewnął szeroko i rozejrzał się na boki.
- Przez kogo? Czego ty, do cholery, chcesz od mojego masła orzechowego? – rzekł zaspanym głosem.
Wojtek odłożył słoik na miejsce i sięgnął po inny, w jednej trzeciej wypełniony zieloną fosforyzującą mazią.
- Przez ochotniczą straż ochrony zwierząt parzystokopytnych i co większych roślin!
Wodzirej wybiegł na salę.
- Tam jest Zdzisiu! Ma bardzo ładne tatuaże! – wykrzyknął w biegu, wskazując staruszkom drzwi od zaplecza.
***
Po dziesięciu minutach wykańczającego sprintu, gdy był już pewien, że nie jest ścigany, Wojtek zatrzymał się. Dysząc ciężko oparł się o mur i zapalił papierosa. Rzężąc i buchając obłokami tytoniowego dymu rozkoszował się sukcesem. Gratulował sobie męstwa. Był pod wrażeniem własnej brawury. Przed popadnięciem w permanentne samouwielbienie uratowała Wodzireja przejeżdżająca obok ciężarówka. Samochód wjechał w kałużę, tworząc lodowatą fontannę, której jedynym przeznaczeniem było doszczętne przemoczenie młodego maga. Wojtek zaklął i tuląc do piersi słoiczek z radziecką bronią biologiczną, poszedł w kierunku autobusowego przystanku.
Autor: Krzysztof Sochal
sochal@o2.pl






