Oliver Twist

Reż. Roman Polański

„Oliver Twist” należy do tych ekranizacji, które śnią się krytykom po nocach. Jest zbyt dobry, by napisać ciekawą recenzję. Co złożyło się na ten sukces?

Urok filmu kryje się w głównym bohaterze. Widz od razu staje po stronie małego, nieszczęśliwego chłopca, którego traktuje się jak worek kartofli, próbując oddać go gdzieś na przechowanie. Albo będzie u kogoś służył w zamian za jedzenie i spanie, albo trafi na ulicę. A ulica rządzi się swoimi prawami: ludzie żyją jak zwierzęta - w brudzie, złości, zakłamaniu, spiskach, układzikach. Krzyczą na siebie, biją się, zdradzają. Przerażające jest w tej sytuacji położenie dzieci. Od małego uczą się oszukiwać i kraść, by przeżyć. To poważny problem moralny: czy można kraść jedzenie, by nie umrzeć z głodu? Czy można zabrać tym, którym nie ubędzie, by samemu móc przeżyć? Inny problem: czy można kogoś ukarać za kradzież jedzenia? Czy odpowiednią karą za to jest - stosowany w tym przypadku - stryczek?

W całe to zamieszanie wpada mały Oliver. Na tle złodziejaszków pozuje na swoistego “nadczłowieka”, superbohatera, rycerza bez skazy. Kieruje się bowiem dawno zapomnianymi w slumsach zasadami: uczciwością, pracowitością, szczerością. Do tego jest bystry, sprytny, ale nie cwaniacki, jak jego rówieśnicy z Londynu. Jak każdy mały chłopak, jest psotnikiem z natury. Szybko nauczył się wyciągać portfele z czyichś kieszeni, ale nie złamał prawa. Jest honorowy, ale mimo że nie chciał kraść, nie ma w nim żadnego patosu, zarozumiałości. Ot, zwykły chłopiec, który chce żyć w spokoju. Dlatego właśnie tak bardzo tam nie pasuje.

Sposób, w jaki traktowano chłopców takich jak Oliver, ujawnia się już w początkowej scenie. Reżyser nie pozostawia wątpliwości: żyjemy w okrutnym świecie i nie możemy tego zmienić. Oto jacyś bogaci, najedzeni, dobrze ubrani ludzie decydują o losie sieroty. Widać tu cynizm: ład społeczny utrzymany być musi, więc sierota ma mieć zapewniony dom. Co jednak z tego, że znajdzie dom, skoro czeka tam na niego ciężka praca i wyzysk? Starszemu chłopakowi wolno było wyzwać matkę Olivera od najgorszych, ale kiedy Twist go za to pobił, dostał karę. Gospodyni stwierdziła, że zwariował. Kto inny podsumowuje: „To nie wariactwo, to mięso – przekarmiony”.

Mamy tu do czynienia z przeinaczaniem pojęć takich jak sprawiedliwość, moralność, wierność, wdzięczność. To, co powinno stać po stronie bohatera, obraca się przeciw niemu, niszcząc go. Na szczęście - do czasu. Uczciwość, która zdawała się być słabostką Olivera, w końcu przynosi mu korzyści. W niedocenianej szczerości tkwi siła chłopca. Pod tym względem jest to doskonały film dla dzieci, pokazuje bowiem, jak powinni zachowywać się praworządni ludzie. Kara prędzej czy później dopadnie winnego. Ale jest to, jak cała twórczość Dickensa, mroczna, ciężka konwencja, która na pewno zapadnie (nie tylko młodym widzom!) w pamięć. „Oliver Twist” jest filmem głównie dla dzieci, ale też przez dzieci współtworzony. Ten obraz to przykład znakomitego aktorstwa dziecięcego, zwłaszcza Krętacza i samego Olivera.

Rozwój techniki doprowadził kino do cudownych możliwości. Może ono dorównać naturalistycznym opisom w powieściach. Teraz adaptacje wielkich dzieł literatury mogą być w pełni wierne pierwowzorom. W „Oliverze Twiście” widzimy mroczny i nieprzyjazny Londyn, a przepaść, jaka istniała podówczas między społecznymi klasami, podkreślona zostaje na każdej płaszczyźnie: kolorów, dźwięków, zapachów i uczuć. Dominuje tu nie tylko artystyczna precyzja w doborze ostrej kolorystyki z przewagą chłodnych barw. Również dźwięk jest niezmiernie dopracowany: słyszymy muchę latającą po pokoju, krzywimy się na dźwięk taplania błota i nieczystości płynących ulicami. Mamy do czynienia z technicznym majstersztykiem.

Napisy na początku i końcu filmu wyświetlają się na tle rycin z pierwowzoru książkowego. Wiele kadrów jest ich wiernym przeniesieniem na ekran. W połączeniu ze wspaniałymi strojami, dopełniają klimatu tego filmu. Widzimy Londyn tak, jakbyśmy stali na rogu jednej z ulic. Do tego ta muzyka „kraju lat dziecinnych”: piękna, promienna, beztroska. Zupełnie jak podróż w czasie.

Zarzucanie czegoś temu filmowi byłoby jak szukanie dziury w całym, ale w jednej kwestii można sporo zarzucić - dubbing. Mimo pewnego wyraźnego postępu w tej dziedzinie, wciąż polski głos jest dziwnie głośny, dziwnie wyraźny, dziwnie wyreżyserowany, dziwnie dopracowany i generalnie brzmi sztucznie. Trudno jednak wymagać, by dzieci czytały napisy, proponuję zatem pokochać ten film z całym dobrodziejstwem inwentarza.


Autor: Aleksandra A.Wycisk
wyciska@op.pl