Owad, jeden z nas
„Pan Gąsienica i Alicja spoglądali na siebie przez pewien czas w milczeniu, wreszcie Gąsienica wyjął z ust cybuch nargili:
-A kimże ty jesteś? – zapytał.”
Lewis Caroll, Alicja w Krainie Czarów
| Wiktor Pielewin, Życie owadów tłum. Ewa Rojewska-Olejarczuk wyd. W.A.B. (świetna edycja!) 2004 s. 237, cena 29,90 zł |
|---|
Z jednej strony, jak chcieliby nobliwi znawcy z poszumem czarnych tog przechadzający się zacienionymi korytarzami uniwersyteckich katedr, literatura miałaby być zwierciadłem, w którym, dokładnie jak w czystych wodach górskiego stawu, odbijać by się miała widziana wokół rzeczywistość, z jej wszystkimi absurdami i dramatami. Z drugiej – miałaby być odautorskim komentarzem, ciągiem spostrzeżeń nie tyle koncentrującym się na dokładnym odwzorowywaniu rzeczywistości widzianej za oknem, co zastanawiającym się nad kształtami, jakie przybiera cywilizacja, kultura, człowiek, jego nadzieje i lęki, kiedy namacalny, widzialny świat skryje się pod powiekami snu, a z kątów podświadomości wychyną potwory i elfy. Gdzieś pomiędzy tymi, w gruncie rzeczy umownie rozgraniczanymi domenami, znajduje się jak zwykle najciekawsza ziemia niczyja, gdzie odwzorowana z fotograficzną precyzją rzeczywistość okazuje się snem szaleńca, trzeźwa diagnoza pijanym zwidem, wizja szarlatana materializującą się na oczach widzów rzeczywistością, a drobne, na pozór świetnie znane czynności i obrazy – metaforą.
Po literacką metaforę, pełnometrażową alegorię sięga właśnie Wiktor Pielewin w „Życiu owadów”, swojej najnowszej z trzech wydanych do tej pory w Polsce książek. Tym sposobem ten młody rosyjski autor (w momencie premiery pierwszego wydania „Życia…” miał 33 lata) wpisuje się gładko w wyraźny boom rynku, który odbiwszy się od bezkrytycznie afirmowanego po upadku PRL-u Zachodu, teraz niebezpiecznie i bez kontroli, niby wielka karawela spuszczona gwałtownie z odchylających ją w jedną stronę cum, przegina się na zasadzie przeciwwagi w stronę drugą, znów wychylając się poza granice i częstokroć powtarzając te same błędy. Z pisarzy głównego nurtu, krytyka (zwłaszcza Zachodu, przeżywającego specyficzne poczucie winy na wspomnienie obecnie - w czasie „współpracy w walce z ogólnoświatowym terroryzmem” - wysoce niepoprawnej politycznie Zimnej Wojny) wychwala Pielewina, dramaturga Nikolaja Koledę czy Irenę Dienieżkinę („rosyjską Masłowską”), jednak otwarcie na Wschód jest w Polsce widoczne zwłaszcza na polu fantastyki. Sypnęło gromko nowymi Łukanienkami, co i raz pojawiają się antologie rosyjskojęzycznych pisarzy („Zombi Lenina”, „Wilcza krew”) mamy ukraińskie małżeństwo Diaczenków, Andrieja Łazarczuka, jest Yeskow… Fantastyczną domenę odwiedza także wspomniany „głównonurtowiec” Pielewin, swoim „Życiem owadów” próbując przekraczać sztuczne tak naprawdę, międzygatunkowe granice.
Powziął on oto zamysł przedstawienia współczesnej krymskiej prowincji i jej mieszkańców pod symbolicznymi postaciami owadów. Nie nowy to, rzecz jasna, sposób – wystarczy przypomnieć żyjącego w VI wieku p.n.e. Ezopa i jego dzieła. Po „alegorię zwierzęcą” dużo później sięgnął też m.in. pewien młody praski urzędnik, który swoje egzystencjalne lęki i poczucie społecznego wyobcowania przełożył w sugestywną i przerażającą „Przemianę” – zimną opowieść o metamorfozie człowieka w karalucha. Kafka w swoim dziele z 1916 roku przekroczył granice formalne bajki, tworząc przy tym utwór wymykający się jednoznacznym interpretacjom, bogaty, przejmujący i wielowarstwowy. Tym sposobem owady i zwierzęta jako metafora człowieka wprowadzone zostały zupełnie na literackie salony. Zrozumiał to Brian Aldiss, który genialnie sparodiował utwór Kafki w rewelacyjnej, napisanej na najwyższym poziomie „Lepszej przemianie”, opowieści, gdzie (uwaga!) pewien karaluch pewnego ranka budzi się przemieniony w Franza Kafkę!
Czy więc Pielewin, mając tylu szacownych antenatów, ma zadanie ułatwione czy nie? Z jednej strony cóż łatwiejszego, można pomyśleć, niż przedstawić szemranych biznesmenów jako wysysające krew komary, małomiasteczkowe piękności jako królowe mrówek, najpierw zwiewne i mające skrzydła, potem opasłe i nalane, kiedy osiądą już w wykopanej norze i zaczną składać jaja? Ale właśnie tu Pielewin natknął się na pierwszą i może nie najważniejszą nawet przeszkodę, której jednak nie bierze czysto i bez potknięć. Poruszając się bowiem na polu ustalonych z grubsza stereotypów („pracowita mrówka”, „komar pasożyt”) i zatwierdzonych przez tradycję symboli, nie wykorzystuje on ich potencjału, a czasem wręcz zupełnie lekceważy kulturowe odniesienia. Mrówka przez to wcale nie jest taka pracowita, a żukiem gnojnikiem może okazać się każdy – i może tak i jest w rzeczywistości, ale skąd wtedy byłaby cała reszta przedstawianych owadów? Tym sposobem pozbawia się autor wyraźnych i rozpoznawalnych odniesień, rozmywa przekaz, który - kiedy rezygnuje z kojarzonego przez większość języka symboli – staje się nieostry i mglisty, a cała metafora traci klarowność nawet przy nakreślaniu przesłań pierwszoplanowych. Chybionym także wydaje się zamysł przedstawiania bohaterów jako ni to ludzi, ni to owady, morfujących jedne w drugie i z powrotem bez składu i ładu, przez co w jednej chwili na talerzu we wziętej żywcem z czasów sowieckiego sojuza restauracji ląduje zwyczajna mucha, która nagle zaczyna kokietować składającego zamówienie klienta, potem, bez żadnego znaku ze strony autora, wstaje z nim od stolika, idą pływać, ażeby wreszcie skonsumować (to chyba właściwe określenie, jeśli owym klientem jest nie kto inny, tylko komar) przygodną znajomość w groteskowo-naturalistycznej próbie przedstawienia zbliżenia przy użyciu wszystkich owadzich macek i ssawek. Ileż lepiej mogłoby to wyglądać, gdyby Pielewin zdecydował się albo na całkowite, fizyczne zowadzenie ludzkich bohaterów, przedstawianych wyłącznie jako zautomatyzowane organizmy, bądź na przeniesienie owadzich wzorców życia w sferę ducha opisywanych ludzi, którzy swoje ludzkie kształty nosiliby już tylko jako zewnętrzną powłokę, skrywającą obcość i segmenty owadziej, niezrozumiałej duszy. Takich niedociągnięć, niestety, jest jeszcze kilka. A to przegadane, pseudofilozoficzne dysputy między dwoma ćmami (Mitią i Dimą), a to nieznośna maniera Pielewina do nadużywania wyjaśnień i objaśnień przy dialogach czy opisach („Mitia zrobił to”, „Mitia powiedział tamto”), co burzy miejscami naprawdę dobrą i nastrojową narrację, wdzierając się zupełnie niepotrzebną i możliwą do usunięcia (choćby przez redaktora) drzazgą w delikatne ciało owadziej opowieści. Są jednak i takie momenty, w których wyraźnie słychać lament i śpiew słowiańskiej duszy, a więc to, co stanowi największą siłę pisarzy ze Wschodu, którzy czuli na twarzach mróz tajgi i spalony słońcem pył Azji. Najlepszym przykładem jest wystający ponad resztę rozdział „Paradise” (jeden z ostatnich), w którym przeżywający podziemny etap swojej egzystencji pędrak cykady marzy o letnim krymskim wieczorze późnego lata, kiedy być może wygrzebie się wreszcie z wiążących go pod ziemią grud i ślepych, niezmiennych korytarzy, wychynie nad powierzchnię, przekształci się w coś lepszego i w ostatnich, zachodzących nad morzem promieniach słońca, wyszumi swoją pieśń. Natomiast my, tak jak Mitia, słyszący nocą melodyjną i smutną piosenkę jakiegoś popularnego, nadmorskiego zespołu, mamy świadomość obcowania z czymś innym niż się na pozór wydaje, z czymś może nawet nie tyle zrozumiałym, co nieobcym, czymś do czego tęsknimy, choć często nie umiemy się do tego przyznać. Obcowania ze światem, gdzie żyją jeszcze ludzie, nie tylko owady.
Autor: Michał Cetnarowski
michal_c_@op.pl






