Twórcy do książek! - felieton
Długo zastanawiałem się, o czym napisać niniejszy tekst. Myślałem, myślałem i w końcu wymyśliłem. O moim zboczeniu!
Pragnę jednak od razu wyprowadzić z błędu spragnionych opowieści rodem z najtwardszych filmów dla dorosłych. Zboczenie będzie jak najbardziej „cywilizowane” i sądzę, że wielu czytelników Histmaga - miłośników historii, jak by nie było - mnie zrozumie. Polega ono bowiem na „sprawdzaniu” pisarza czy twórcy filmu. Sprawdzaniu, czy nie umieszczają w swym dziele jawnej bzdury. Ot, starożytni Grecy dosiadają koni mających strzemiona itp. Niby normalny nawyk, ale ostatnio coraz częściej zawodzę się na autorach. Odnosi się to nie tylko do filmów i książek historycznych, ale także (a może przede wszystkim) do fantastyki. Nasuwa się więc pytanie - czy dziś twórca nie potrzebuje żadnej wiedzy, wystarczy, że powie „takie były nasze założenia”? Wiem co prawda, że to, o czym będę pisał, nie jest bynajmniej nowe, czuję jednak, że wspominać o tym trzeba.
Powyższe myśli nasunęły mi dwa wydarzenia, pozornie nie mające związku. Najpierw Andrzej Pilipiuk na spotkaniu autorskim opowiadał o swoich planach pisarskich i mówił, że przygotowuje się do napisania pewnej książki osadzonej w takich i takich realiach, w związku z czym zebrał już sobie potrzebną literaturę do przeczytania. Nic takiego, cóż w tym dziwnego, że człowiek chcę się przygotować? Choć może właśnie ta postawa w dzisiejszych czasach jest zadziwiająca? Drugim wydarzeniem było obejrzenie „D’Artagnan”, w którym sceny pojedynków sprawiały wrażenie, jak gdyby reżyser nie tylko nigdy nie trzymał w dłoni rapiera ani innej broni białej, nie tylko nie przeczytał nic o fechtunku jakąkolwiek bronią, ale nawet pożałował na konsultanta historycznego. Było widowiskowo, były fajerwerki, ale w zadowolenie mogły wprawić kogoś zupełnie z jakimikolwiek prawami (np. fizyki) nieobeznanego. Czy czasy, gdy autor starał się jakoś sensownie przekazać swoją wizję, już minęły? To, niestety, nie jest pojedynczy przykład z efekciarskiego amerykańskiego filmu. Także w powieściach i opowiadaniach fantastycznych spotykamy takie rzeczy.
Właśnie, ileż to razy w literaturze fantastycznej pojawiają się jawne bzdury, które pisarze i czytelnicy tłumaczą słowami „to jest fantasty, tu nie musi być tak, jak naprawdę”. Czy aby na pewno? Czy jeśli lubię fantastykę, to koniecznie muszę się godzić na mylenie jelca z głownią miecza, walkę mieczem trzymanym dwoma palcami i równoczesne bieganie z nim po ścianie? Albo na wyżynanie uciekających chłopów rycerską kopią i na to, że niektórzy cios takową w głowę przeżywają? Toż to czysty bezsens, wskazujący na zupełny brak wyobraźni i przygotowania u autora. To tylko lżejsze przykłady, w większości na szczęście podobne cudeńka były jedynymi w danej powieści czy opowiadaniu. Niemniej jednak były i psuły przyjemność czytania. Budziło to zgrzyty i wrażenie niespójności. Gdyby autorzy bardziej się przyłożyli do przygotowań i zdobyli więcej wiedzy na temat, który chcieli opisać, byłoby lepiej. Przykład cięższego kalibru pochodzi sprzed lat i usłyszałem o nim niedawno z drugiej ręki. Mniej więcej w czasie, gdy powstawała pierwsza edycja gry fabularnej „Dzikie pola” w ś.p. „Magii i mieczu” ukazała się zapowiedź systemu RPG bardzo podobnego w założeniach. Wiadomo: XVII w., Rzeczpospolita itp. Do zapowiedzi dodano krótkie opowiadanie, w którym to owa XVII-wieczna polska szlachta chadzała w surdutach (sic!). Twórcy na szczęście szybko dali sobie spokój, jednak gdyby zechcieli spojrzeć do kilku książek, być może nie spłodziliby czegoś tak idiotycznego, a system o dobrych założeniach powstałby. Jednak brak elementarnej wiedzy rozwalił zapewne całe przedsięwzięcie. Te przykłady pochodzą głównie z rejonów broni, walki, militariów. Jednak takie błędy i głupoty powstają także przy opisach zupełnie innych dziedzin życia.
Zapewne zakrzyknie ktoś teraz: „cóż to on chce od tych autorów, mają całe życie siedzieć i się edukować, mieć sto fakultetów?”. Nie, bynajmniej tego nie żądam. Chcę po prostu, aby to, co piszą, jakoś trzymało się kupy, aby wiedzieli, o czym piszą. Choćby orientacyjnie, nie wymagam, by każdy znał się na socjologii, ekonomi stosowanej, ukraińskiej mitologii i wczesnej broni palnej. Ale w czasach, gdy wszystko można wrzucić w Google i sprawdzić w jakieś pięć minut, naprawdę godne pożałowania jest popełnianie podstawowych błędów. Skoro Pilipiuk może zbierać sobie literaturę i dopiero po jej przeczytaniu pisać, to chyba inni także mogą. Drodzy autorzy - nie zawiedźcie nas i oddawajcie nam w ręce gotowe produkty, a nie tylko marne substytuty. Parafrazując znane hasło, można z pewną dozą ironii powiedzieć: “Twórcy do książek!”. Czego Wam i sobie życzę.
Autor: Robert „Dudziak” Dudziński
robert_dudzinski@o2.pl






